Pomysł
Wszystko zaczyna się zawsze od tej jednej chwili, powstałej w głowie scenie, czasem piosenki czy miejsca, która zainspiruje do tworzenia. W pewnym momencie orientuję się, że tego pociągu nie da się już zatrzymać, obrazy nachodzą mnie w każdej wolnej chwili, poszczególne sceny zaczynają się przewijać w mojej wyobraźni niczym film. Pojawiają się czasem w najmniej oczekiwanym momencie, na spacerze, w sklepie, kiedy próbuję zasnąć. Zazwyczaj w chwilach, gdy nie mogę usiąść do komputera. Kiedy mogę, spisuję wszystkie te luźne pomysły w notatniku. Brzmi przytłaczająco? To i tak ta najłatwiejsza część.
Dobry plan to podstawa
Kiedy zdecyduję się, że chcę z tego pomysłu coś faktycznie stworzyć, siadam do tworzenia planu. Dawniej tego nie robiłam, ale pisałam do szuflady, większość tych książek nawet nie ukończyłam. Teraz wiem, że historię trzeba włożyć w pewne ramy jeszcze zanim usiądzie się do jej spisywania - w innym przypadku można skończyć z dziurą fabularną, przepisywaniem pewnych fragmentów od nowa, niekonsekwencją świata. Podczas pisania planu spisuję najważniejsze zdarzenia w punktach. Z przypadkowych scen zaczyna wynurzać się historia o określonym już kształcie. To tutaj zaczynają się czasem pierwsze schody. Pomysł brzmiał dobrze, ale teraz trzeba znaleźć miejsce na poszczególne sceny, umiejscowić je w czasie i przestrzeni, ułożyć je chronologicznie i załatać dziury, które powstały.
Kolejne drafty
W końcu nadchodzi moment, kiedy siadam do pustej strony, którą trzeba zapełnić. Ubrać sceny z głowy w słowa. Tutaj jeśli chodzi o sposób pisania, są różne szkoły. Niektórzy piszą poszczególne rozdziały i poprawiają je na bieżąco, wracając wielokrotnie do poprzednio napisanych fragmentów. Dopiero kiedy są zadowoleni z efektu, idą dalej. Słyszałam też o autorach, którzy potrafią zaczynać od scen, na które mają ochotę, przeskakując często pomiędzy poszczególnymi momentami fabuły, dopiero na późniejszych etapach wracają i uzupełniają luki pomiędzy wydarzeniami.
Najbardziej popularne jest tak zwane pisanie na drafty - czyli poszczególne wersje powieści, które z każdą kolejną iteracją są coraz bardziej dopracowane. Według mnie, ten sposób jest najlepszy, jeśli chce się pisać konsekwentnie i daje najlepszą gwarancję na ukończenie całej książki. Pierwsza wersja jest dość surowa, ale jest czymś, nad czym można dalej pracować. Po ukończeniu tej wersji, daję książce trochę poleżeć, by wrócić do niej na chłodno, po paru dniach, lub nawet tygodniach. Wtedy też czytam ją całą, to czas największych zmian i poprawek. Potrzeba dużo cierpliwości i konsekwencji, a czasem bezwzględności, zwłaszcza, kiedy czuć, że coś nie gra w danym fragmencie, bądź pewne sceny są niepotrzebne.
I tutaj nie mogę wspomnieć o tym, jak faktycznie wygląda ta robota, jak żmudna i długa jest droga pisania, a następnie kolejnych poprawek. Dużo ludzi może wyobrażać sobie wyidealizowaną wizję - pisarza siadającego do klawiatury przy akompaniamencie przyjemnej muzyki, klimatycznego światła. Tworzącego z uśmiechem na ustach, natchnionego weną, z palcami nieodrywającymi się od klawiatury, bo słowa same spływają i układają się w pięknie złożone, idealne zdania. Tak naprawdę najważniejsza jest konsekwencja, a pisanie w legendarnej wenie to przywilej, na który pisarz nie ma czasu, jeśli gonią go terminy, a on sam ma pracę na pełen etat i obowiązki poza nią. To często siadanie do komputera po ośmiu godzinach pracy przy nim, rezygnacja z obejrzenia serialu bądź wyjścia ze znajomymi. Niestety, książka sama się nie napisze ani nie poprawi. A na to wszystko potrzeba czasu.
Beta-czytelnik, czyli człowiek od wytknięcia błędów, których autor nie zauważa (bądź nie chce zauważyć)
Jak chłodno i sceptycznie nie podejdziemy do swojego dzieła, nie jesteśmy w stanie wykryć wszystkich błędów, niedociągnięć i obiektywnie ocenić fabuły. Wtedy właśnie wkracza on - beta reader, pierwszy czytelnik. Jego celem nie jest redakcja książki, ale może pomóc w zwróceniu uwagi co w niej nie gra, gdzie są momenty warte dopracowania bądź zmiany. To też ktoś, z kim można przegadać fragmenty, co do których sami mamy wątpliwości. Sama wiem, jak istotna jest czasem zwykła rozmowa o książce - czasem dopiero przy powiedzeniu pewnych rzeczy na głos, przychodzą odpowiednie rozwiązania.
Po uwagach beta czytelnika, przychodzi czas na ostatnią (zwykle) poprawkę całego tekstu. Zdarza się, że przy tym przychodzą kolejne pomysły, nanoszę kolejne zmiany. Najważniejsze jednak, by przy tych poprawkach nie popaść w nadmierny perfekcjonizm. Czasem największym wrogiem ukończenia książki jest sam, sabotujący swoją pracę autor, ciągle próbujący udoskonalać, zmieniać, przepisywać. Często trzeba powiedzieć sobie dość, postawić kropkę. I zacząć wysyłać książkę do wydawnictw. Ale to już temat na osobny wpis!